|
Prenumerata |
|
Jeśli jesteś zainteresowany otrzymywaniem naszego newslettera o terroryzmie, służbach specjalnych, ochronie informacji i przestępczości zorganizowanej to wpisz swój adres w okienku prenumerata i zaloguj się. Prenumerata jest całkowicie bezpłatna, a newsletter otrzymywać będziesz nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Jeżeli masz uwagi do naszego newslettera, to prześlij je nam na adres, który znajdziesz w zakładce "Kontakt".
Ustaw stronę jako startową
|
|
|
|
A dlaczego by nie Jemen?
Warszawa, styczeń 2010 |
|
|
Od dwóch tygodni media pełne są informacji o jakoby nowym zagrożeniu terroryzmem, płynącym tym razem już nie z Afganistanu czy Iraku, ale z Jemenu. I tylko terroryści niezmiennie mieliby być ci sami co w poprzednich latach - członkowie al-Kaidy. Przy czym polskie media przepełnione są nie wyłącznie informacjami, lecz przede wszystkim dominującym w komentarzach dziennikarzy zdziwieniem, że oto na mapie współczesnego terroryzmu pojawiło się nagle nowe centrum dżihadu. Co gorsza, podobne komentarze potrafią wygłaszać ludzie przedstawiani jako eksperci, co wywołuje wrażenie, że oto nadchodzi kolejna fala zamachów, na które nie jesteśmy przygotowani, ani którym nie możemy zapobiec.
Pozwolę sobie wyrazić zdziwienie tym zdziwieniem. Być może dziennikarze, których można zwolnić z obowiązku obserwacji wszystkich wydarzeń związanych z terroryzmem, są usprawiedliwieni w swej niewiedzy. Ale "eksperci"? Bowiem najprostsza odpowiedź na pytanie o realne zagrożenie terroryzmem zadawane dzisiaj: "dlaczego Jemen?" (w podtekście pozostawiające domniemanie "to już nie Afganistan czy Irak?"), brzmi: "A dlaczego nie?".
Organizacje mówiące o sobie, że należą do sieci al-Kaidy (jak również do których przyznają się jej liderzy, a państwa zachodnie nie podważają tych informacji) istnieją w wielu krajach, których mieszkańcy tworzą ummę (wspólnotę muzułmanów) i wśród których trafiają się zwolennicy religijnych poglądów fundamentalistycznych podatni na hasła dzihadu. Takim krajem był i jest Jemen, a uwarunkowane jest to zarówno położeniem geograficznym, jak i zaszłościami historycznymi. I nikogo nie powinno dziwić, że jego terytorium, w sytuacji kiedy zostało zapomniane przez wielkich tego świata i osamotnione, stało się azylem ("rajem" jak nawet chcą niektórzy, np. analitycy amerykańskiej Council on Foreign Relations) terrorystów.
Państwo o terytorium o 2/3 większym od terytorium Polski (prawie 528 tys. km?), choć z mniejszą liczbą mieszkańców (prawie 24 mln) zaliczane jest (choć to kategoria stworzona na Zachodzie, w USA, a więc obarczona wadą subiektywizmu) do kategorii państw upadłych, czyli znajdujących się w głębokim, wieloobszarowym, kryzysie. Statystyka jednak jest nieubłagana: Jemen zajmuje 154 miejsce (na 180) na liście sporządzonej przez badającą wskaźnik korupcji Transparency International (3 od końca wśród państw Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu), a 151 (na 177) pod względem ONZ-towskiego wskaźnika rozwoju społecznego. Znający realia kraju podkreślają fakt w gruncie rzeczy braku kontroli władz centralnych nad terytorium państwa poza stolicą i kilkoma większymi miasta, upodabniające sytuację do tej, jaka panuje w Afganistanie. Tym samym dawanie wiary zapewnieniom rządzących w Saanie (np. sprawującego swoją funkcję od 31. lat Prezydenta, Marszałka Polowego Ali Abdullaha Saleha), że w pełni monitorują sytuację, że nie ma realnego zagrożenia dla stabilności regionu, albo jeśli nawet jest, to wystarczy kolejne wsparcie finansowe z Zachodu, by szybko je zlikwidować, jest mówiąc bardzo elegancko - pozbawione realizmu. Nie ulega bowiem wątpliwości, że mamy problem z Jemenem. Japońscy komentatorzy dziennika "The Japan Times" [9 stycznia 2020] (a więc na tyle oddaleni geograficznie i kulturowo od Jemenu, że można uznać ich za obiektywnych) zwrócili uwagę na dwa wnioski płynące z nieudanego zamachu Omara Farouka Abdulmutallaba w samolocie Delty podczas rejsu do Detroit: 1) konieczność zachowania czujności wobec zagrożenia stwarzanego przez terrorystów, i 2) potrzebę uznania ważności Jemenu dla bezpieczeństwa globalnego, który okazał się wylęgarnią ekstremistów i może stać się kolejnym państwem upadłym.
Czy istnieje realna możliwość rozwiązania problemów zasygnalizowanych przez japońskich ekspertów? Wydawać by się mogło, że o potrzebie "zachowania czujności" nikogo nie należy przekonywać, choć w ostatnim czasie ze względu na niską aktywność terrorystów społeczność międzynarodowa żyła w fałszywej świadomości, iż nic już jej nie zagraża. Nic bardziej mylnego - ludzie uciekający się do terroryzmu nie są szaleńcami, a tym bardziej głupcami i przygotowują swoje ataki wyłącznie w takim miejscu i czasie, który według nich może (przy powodzeniu akcji) zapewnić realizację zakładanych przez nich celów. I jeśli służby antyterrorystyczne nie będą "myśleć terrorystami", nigdy (chyba że przez przypadek) nie będą w stanie zapobiec zamachowi. A że nie myślą, dowody przynoszą nawet ostatnie wydarzenia. Zarówno CIA, jak i Departament Stanu uprzedzane były o podejrzeniach wobec Ab-dulmutallaba, ale nie odebrały mu ani amerykańskiej wizy, ani nie zapobiegły nieudanemu na szczęście zamachowi (za kuriozalne, a nawet śmieszne, gdyby nie tragiczne ewentualne konsekwencje, należy uznać tłumaczenie urzędników Departamentu Stanu nie odebrania wizy błędnym zapisaniem nazwiska podejrzanego!). Podobnie należy ocenić postępowanie funkcjonariuszy CIA w bazie Chapman w afgańskiej prowincji Chost - jak wielkie musiało być za(d)ufanie CIA do agenta, że mógł bez problemu dokonać swego czynu! Tak więc należy bezwzględnie powrócić do haseł, które wyśmiewano i próbowano skompromitować: "Bądź czujny! Wróg nie śpi! Wróg czuwa!".
Pytanie drugie "Co należy zrobić z Jemenem" jest źle postawione. Powinno brzmieć "Co należy zrobić DLA Jemenu", bo z Jemenem można byłoby postąpić tak samo jak z Afganistanem czy Irakiem - najechać wojskiem, zniszczyć infrastrukturę, doprowadzić do wojny domowej, a i tak zagrożenia terroryzmem nie udałoby się zlikwidować. Gdyby nie zmieniła się administracja USA, taki rozwój sytuacji byłby najbardziej prawdopodobny. Prezydent Barack Obama reprezentuje jednak filozofię soft Power, a ponadto jest obarczony brzemieniem Pokojowej Nagrody Nobla i nie może pozwolić sobie na odgrywanie roli światowego szeryfa (na jakiego kreował się poprzedni prezydent Bush). Zapewnia zatem, że nie wyśle wojska do Jemenu - przynajmniej teraz, a skupi się na pomocy finansowej. Czy jednak bezpieczeństwo można kupić? Czy jest ktoś, kto zagwarantuje, że pieniądze (i to niemałe - same USA deklarują przeznaczenie na pomoc Jemenowi w tym roku kwoty 150 mln dolarów) przeznaczone na walkę z biedą, zacofaniem, a pośrednio z terroryzmem, czy nawet bezpośrednio z terrorystami, zostaną wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem? Że broń dla oddziałów rządowych nie trafi w ręce opozycji (terrorystów)? Że nie powtórzy się historia z Afganistanu? Pytania te wydają się retoryczne.
Oczywiście z komentarzami należy poczekać na wyniki międzynarodowej konferencji w sprawie pomocy dla Jemenu (a właściwie na temat walki z radykalizmem islamskim w Jemenie oraz walki z międzynarodowym terroryzmem) zwołanej do Londynu równolegle z konferencją nt. przyszłości Afganistanu przez premiera Gordona Browna na dzień 28 stycznia br. Choć istnieje poważna obawa, że poza pustymi deklaracjami, niczego konkretnego nie przyniesie.
PS.
Al-Kaida na Półwyspie Arabskim (arab. القاعدةفيجزيرةالعرب) - Islamska organizacja powstała w styczniu 2009 roku z połączenia istniejących do tamtej pory niezależnie dwóch grup działających w Arabii Saudyjskiej i Jemenie. Jej liderami są obecnie: Nasir Abdel Karim al-Wuhayshi (Naser al-Wahishi, pseud. Abu Basir), 33-letni były osobisty asystent Osama bin Ladena w Afganistanie (uczestniczył w walkach w górach Tora Bora w listopadzie 2001 roku, następnie przez Iran próbował przedostać się na Półwysep Arabski, tam aresztowany i deportowany do rodzinnego Jemenu), oraz urodzony w Arabii Saudyjskiej 36-letni Sa'id Ali Jabir Al Khathim Al Shihri (przez 6 lat, od stycznia 2002 roku więzień Guantanamo). Uznawany za trzecią ważną osobę w organizacji Abu Hureira Qasm al-Rimi miał paść ofiarą ostrzału rakietowego dokonanego przez USA 17 grudnia 2009 roku.
AKPA przyznała się do zwerbowania w Wielkiej Brytanii Omara Farouka Abdulmutallaba, przeszkolenia go w obozie w Jemenie i wysłania z misją samobójczą w dniu 25 grudnia 2009 roku.
dr Krzysztof Karolczak |
|
|
|
|