|
Prenumerata |
|
Jeśli jesteś zainteresowany otrzymywaniem naszego newslettera o terroryzmie, służbach specjalnych, ochronie informacji i przestępczości zorganizowanej to wpisz swój adres w okienku prenumerata i zaloguj się. Prenumerata jest całkowicie bezpłatna, a newsletter otrzymywać będziesz nie częściej niż dwa razy w tygodniu. Jeżeli masz uwagi do naszego newslettera, to prześlij je nam na adres, który znajdziesz w zakładce "Kontakt".
Ustaw stronę jako startową
|
|
|
|
Somalijscy piraci - w oczekiwaniu na tragedię
Warszawa, luty 2010 |
|
|
Żony marynarzy, którzy pływają przez Zatokę Adeńską, twierdzą, że 48 godzin, które średnio potrzebują statki, by ją przepłynąć, to dla nich prawdziwy koszmar i ciągłe oczekiwanie na wiadomość, czy ich bliscy są już bezpieczni. I tak już będzie, bo nie widać szans na poprawę bezpieczeństwa w tamtym rejonie świata. Wiele osób twierdzi, że może być tylko gorzej.
Piractwo w Somalii to dla miejscowych zwykły biznes i jedna z najważniejszych gałęzi gospodarki tego upadłego i zniszczonego kraju. I tak jak w każdym biznesie po okresie pionierskim i profesjonalizacji, następuje etap upowszechnienia. Piratem chce zostać każdy, czy się do tego nadaje, czy nie. A to musi prowadzić do tragedii.
Piractwem w Somalii „zawodowo” zajmuje się kilka grup. Pięć najważniejszych gangów skupia około 1000 uzbrojonych członków. Większość piratów liczy sobie od 20 do 35 lat. Nie ma potwierdzenia tych informacji, ale podejrzewa się, że część z nich łączą bliskie związki z islamską organizacją al-Shabaab, powiązaną z kolei z Al-Kaidą. Okup za porwany statek wynosi zwykle ponad milion dolarów. Takie pieniądze kuszą.
Miejscowe grupy przestępcze szybko zorientowały się, że duże pieniądze można zarobić nie tyle porywając statki, ile wypożyczając sprzęt do porywania statków innym. Obecnie Somalijczyk nie musi mieć łodzi ani broni, żeby zająć się piractwem, bo wszystko to może wypożyczyć. Zapłatą będzie procent od okupu za porwany statek. Efekt tego jest taki, że na wody Zatoki Adeńskiej oraz Oceanu Indyjskiego wypływają ludzie bez doświadczenia i wiedzy, ale za to przerażająco zdeterminowani. Oni muszą porwać statek i dostać okup. Jeśli im się nie uda, nie będą w stanie spłacić długu. A to często oznacza dla nich śmierć lub niewolę.
Tymczasem społeczność międzynarodowa zdaje się nie dostrzegać rosnącego niebezpieczeństwa. Co prawda na wodach wokół Rogu Afryki pływają okręty marynarki Stanów Zjednoczonych, Indii, Rosji, Hiszpanii i innych krajów, ale jest ich po prostu za mało. Co gorsza, brakuje międzynarodowych regulacji prawnych, które umożliwiłyby skuteczną walkę z piratami. Obecnie, nawet jeśli fregata wypatrzy ich na morzu, to wystarczy, że schowają lub wyrzucą broń za burtę, a już będą bezpieczni. Innymi słowy, piractwo jest wbrew pozorom mało ryzykownym zajęciem. Niewiele statków ma uzbrojoną ochronę, a prawdopodobieństwo próby odbicia statku przez siły specjalne jest niemal zerowe. Taka akcja po prostu jest bardzo trudna do przeprowadzenia i wiązałaby się z wysokimi stratami wśród porwanych.
Wydaje się, że ryzyko pływania po wodach Zatoki Adeńskiej będzie rosło, aż w pewnym momencie dojdzie do tragedii. Być może jeden z piratów-amatorów nie wytrzyma napięcia i naciśnie spust, może dojdzie do wysadzenia w powietrze tankowca, co spowoduje gigantyczną katastrofę ekologiczną. Żeby ten scenariusz się nie sprawdził, w rejon Rogu Afryki trzeba wysłać więcej okrętów wojennych, stworzyć międzynarodowy sąd ds. piratów (utworzenie takiego zaproponowała w maju zeszłego roku Rosja) oraz wprowadzić w życie regulacje prawne, które ułatwią zwalczanie piractwa. Póki tak się nie stanie, tych 48 godzin na Zatoce Adeńskiej w dalszym ciągu będzie koszmarem tak dla marynarzy, jak i dla ich rodzin.
Wojciech Chmielarz
|
|
|
|
|